czwartek, 23 czerwca 2011

Dzień słoweńsko-włoski

Dzień zaczęliśmy od jajecznicy i spoglądania w niebo pełne źle wróżących chmur. Paweł uparł się, że nas odprowadzi do bram miasta na swojej 50'tce. Tak więc w trojkę ustawiliśmy się przed drzwiami garażu rozgrzewając silniki. Pawła niebieski bolid z numerem startowym 46 wymalowanym na owiewce, jako pierwszy wystartował i...już po pierwszych trzydziestu metrach (dosłownie!) zaczął padać deszcz. Nasz plan pt. "sucha nogą aż do morza śródziemnego" legł w gruzach. Postanowiliśmy poszukać schronienia i przeczekać ulewę. Tak więc, po 5 minutach jazdy i przejechaniu jakichś 600 metrów, stoimy sobie pod dachem jakiejś lokalnej stacji benzynowej i poimy nasze rumaki ;)

Po jakieś godzinie pojawiło się przejaśnienie i postanowiliśmy wyruszyć. Pożegnaliśmy Pawła i już po chwili jazdy całkiem malowniczą górską drogą, znaleźliśmy się na granicy ze Słowenią.


Jako, że żaden z nas nie był wyposażony w profesjonalny motocyklowy GPS... Słowenia i jej oznakowanie bocznych dróg zaczęły dawać nam się we znaki.


Po chwili błądzenia droga zrobiła się mało asfaltowa...


Z każdym zakrętem okolica była coraz bardziej malownicza i coraz mniej cywilizowana. Było tak pięknie, że postanowiliśmy odpocząć, rozprostować nogi i ustalić naszą pozycję.


Przestudiowaliśmy mapę i doszliśmy do wniosku, że nie mamy pojęcia gdzie jesteśmy... Jedno było pewne, kierujemy się na południe! Z tym założeniem zaczęliśmy się wspinać dalej nieznaną szutrówką. Okazało się, że tego dnia pokonaliśmy naszą pierwszą górską przełęcz z prawdziwego zdarzenia. Tyle tylko, że zamiast szurać kolanami po asfalcie robiliśmy nasze pierwsze w życiu power slide'y :)

Po po drugiej stronie góry nasze żołądki zaprotestowały i zaczęły domagać się jedzenia. Przez zupełny przypadek trafiliśmy do uroczej knajpy nad potokiem, gdzie Pan łamaną angielszczyzną zaprosił nas do środka. Pizza faktycznie okazała się "very, very good, local stuff" i do tego opalana na prawdziwym ogniu! Dowody na zdjęciu:)


Zaspokoiwszy głód i pragnienie, zaczęliśmy pokonywać kolejne kilometry po pięknej Słowenii. Planowaliśmy omijać autostrady i chłonąć lokalne widoki z każdym mijanym zakrętem. Słowenia jest tak cudownym krajem, że traktując go jako tranzytowe połączenie na naszej trasie, zaczęliśmy żałować, że nasze urlopy są tak krótkie i nie możemy tu dłużej zostać. Jednakowoż, na koniec dnia natrafiliśmy na dziwne lokalne zwyczaje. Byliśmy już dość blisko granicy z Włochami, a okolica była przesycona atmosferą ścigających się motocykli na niesamowicie gładkich i krętych wstążkach asfaltu. Każdy najmniejszy parking i kawiarenka były oblepione stygnącymi motocyklami, a wokół jak grzyby po deszczy wyrastały reklamy noclegów "bikers friendly" :) I nagle, zobaczyliśmy znaki, które były dla nas całkowicie obce. Po dłuższym zastanowieniu rozszyfrowaliśmy ich znaczenie! Dumni z naszej nowej zdolności czytania po Słoweńsku, rozpoczęliśmy ćwiczenia rozgrzewające. Co za piękny kraj, tak bardzo dba się o motocyklistów! Obowiązkowe ćwiczenia przed krętą drogą dla każdego kierowcy jednośladu!


Dzień zakończyliśmy po ciemku rozkładając namiot na Campingu Sistiana we Włoszech. Upijając się piwem i widokiem na lokalny basem, osiągnęliśmy kolejny cel podróży - byliśmy już nad morzem śródziemnym, gdzie na pewno nie będzie już padać! Jak bardzo się myliliśmy dowiecie się z następnej relacji ;)

Brak komentarzy: