środa, 22 czerwca 2011

Alpejska wycieczka, dzień zero.

Sezon motocyklowy roku Pańskiego 2011 zaowocował wyprawą w Alpy. Początkowo w planie były tylko rowery. Motocykle miały być tylko dodatkiem, który miał urozmaicić naszą podróż do celu i z powrotem. Tak więc, oddawszy dwukołowce bez silników zaprzyjaźnionym podróżnikom jako część bagażu, spakowaliśmy motocykle i ustaliliśmy termin wyjazdu.
Skrzętnie planowaną trasę zmieniliśmy w przed dzień wyjazdu. Jazda motocyklem mimo poczucia wolności jest niestety uzależniona od matki natury i jej wiernej poddanej: pogody. Ponieważ w całej Europie lało jak z cebra a nasze rowery były już w drodze do Szwajcarii, postanowiliśmy zamiast na zachód udać się na południe. Według prognoz deszcz miał dosłownie dreptać nam po piętach:) 

Wyruszyliśmy 22 czerwca. Plan opiewał udanie się do pracy w trybie gorączkowo-wakacyjnym i opuszczenie Krakowa około 17'tej.. Naszym pierwszym celem było Graz, gdzie ku uprzejmości mojego kuzyna Pawła (pozdrowienia) mieliśmy zapewniony nocleg. 

Początek trasy przebiegł bardzo przyjemne, kilometry mijały szybko, a znane i lubiane nam górskie odcinki specjalne wokół Żywca i Kocierzy wrysowały nam na stałe uśmiech na twarzach. Miłym zaskoczeniem był tunel w Milówce, pierwszy taki obiekt wybudowany w Polsce po II Wojnie Światowej. Podobno i tym razem z zadaniem "podkopu" mogli uporać się tylko nasi zachodnioeuropejscy sąsiedzi :( Polski wkład w budowę oparł się na księdzu poświęcającym ten jakże skomplikowany cud architektury. Tu waszej uwadze nie może uniknąć fakt, że długość tunelu to jakieś 600 metrów.

Po opuszczeniu granicy naszego kraju, przyszedł czas na słowacką autostradę, czyli nudy na pudy. Szczególnie, że poruszaliśmy się zgodnie z przepisami :( Jakieś 100 kilometrów przed Bratysławą dopadła nas zorganizowana banda muszek, która skutecznie ograniczyła nasze pole widzenia i zmusiła do postoju na stacji.
Podczas procesu czyszczenia kasków, na stację zawitali motocykliści z Polski. Słysząc o naszym ambitnym planie dotarcia do Graz mimo później już godziny 21: 30, nasi nowo poznani koledzy ochrzcili nas mianem "hardcorów, co się nocą po autostradzie nie boją jeździć". W totalnym niezrozumieniu, nie widząc zbyt wielkich zagrożeń na tego typu trasie, oddaliliśmy się na zachód;)

Drugie spotkanie z rodakami było nam dane na granicy austriackiej. Koczująca tam rodzina wyczekiwała północy, jakoż o 22:40 kupiliby winietę obowiązującą jeden dzień krócej! Nam nie robiło to różnicy, więc szybko oddaliliśmy się w czeluść nocy. 

Dalej był już tylko okropnie silny wiatr, okropnie duże ceny na stacjach autostradowych i burza, która grzmiała nam za plecami. Co do cen, mała rada, wystarczy zboczyć do pierwszej lepszej miejscowości z autostrady i to samo paliwo kupujemy za 80% ceny autostradowej!
Summa summarum, dotarliśmy do celu o jakieś drugiej w nocy a Austria okazała się w cale nie tak przepisowym krajem jeżeli mowa o ograniczeniach prędkości.

Niestety, naglący czas pierwszego dnia wyprawy pozbawił nas jakichkolwiek pamiątek w postaci zdjęć poza jednym jedynym: "zamiana na sprzęty w garażu". Zgadnijcie, który to pojazd mojego kuzyna Pawła :)


Oto trasa, którą pokonaliśmy pierwszego dnia:

Brak komentarzy: