Dzisiejszy dzień rozpoczęliśmy od pysznego śniadanka, które chyba nigdzie nie mogło smakować lepiej niż pod dachem stacji benzynowej nad wybrzeżem Adriatyku zalewanym deszczem ;) Jakby na zamówienie zaraz po wypełnieniu brzuchów włoskimi pomidorkami, serem i bagietką, słońce wyszło na chwilę zza chmur. Wyczekiwaliśmy tego momentu niczym Kubica na zielone światło toru Monza, więc ruszyliśmy natychmiast.
Nasz cel na dzisiaj to jezioro Garda i miasto Verona. Mieliśmy do przejechania trochę ponad 300 kilometrów. Zapowiadał się spokojny dzień, uwieńczeniem miała być kąpiel w cieplutkiej wodzie jeziora z widokiem na góry. Powoli przedzieraliśmy się przez bardzo nudne drogi prowadzące z Triestu do Wenecji. Słońce stało się naszym nieodzownym towarzyszem, podobnie jak mapa, z której korzystaliśmy w każdej wolnej chwili ;)
Z każdym kilometrem, który zbliżał nas do Wenecji ruch robił się coraz gęstszy a jazda wymagała większej koncentracji. Minąwszy bramki miasta kierowaliśmy się dalej na zachód przecinając dzielnicę przemysłowo - portową. Mówiąc szczerze nie zbyt ładną. Korzystając ze znaków udało nam się bezproblemowo przemknąć przez miasto, zostało tylko jedno duże rondo i mieliśmy być znowu wolni. Alejki cyprysów i pola kukurydzy już majaczyły w oddali... nagle... mój motocykl zgasł. Tak po prostu.
Stałem akurat w małym korku, używając naszej komunikacji radiowej oznajmiłem Pawłowi, że chyba zgasiłem moto podczas ruszania i nie chce zapalić. Problem był jednak większy. Motocykl kompletnie nie reagował na próby uruchomienia, po pewnym czasie zgasły wszystkie kontrolki, więc pewnie akumulator. Na dodatek tamowałem rondo łączące autostradę, wjazd do Wenecji i drogę ekspresową. Postanowiłem przepchać sprzęt do najbliższej stacji, jakieś 600 metrów dalej. Mały szkopuł polegał na tym że rondo miało lekko ponad kilometr w obwodzie, a ja potrzebowałem udać się w najbliższe lewo. Postanowiłem przez chwilę iść pod prąd. Nie polecam nikomu takich emocji, choć Włosi okazali się bardzo wyrozumiali... Wyglądało to mniej więcej tak ;)
Na stacji szybka podmiana akumulatora z Hondy i diagnoza. Śmierć mojego akumulatora stała się faktem. Nie pomyślałem o sprawdzeniu jego stanu przed podróżą, teraz pozostało nic innego jak znaleźć nowy. Paweł użyczył mi swojej CBR'ki, przymocowaliśmy stary akumulator do siedzenia i wybrałem się na poszukiwania. Oczywiście pech chciał, że właśnie rozpoczęła się sjesta.
Po dwóch godzinach błądzenia poznałem topografię części portowej Wenecji na tyle dobrze, że mógłbym spokojnie zdać tam licencję taksówkarską. Rozmawiałem z portowymi prostytutkami, policją i właścicielem restauracji. Jak widać jedyne usługi czynne w trakcie sjesty. W końcu udało mi się znaleźć mały warsztat naprawiający skutery i motocykle. Właściciel i zarazem główny mechanik, szybko się ze mną dogadał na migi i po chwili buszowaliśmy w jego magazynie na półce z akumulatorami. Ja mówiłem po angielsku, on po włosku, jego sąsiad, który pojawił się znikąd mówił do mnie po niemiecku ;) Okazało się, że modelu do mojego F800S nie ma.. dopytałem o serwis BMW. Panowie spojrzeli się na siebie wzruszając ramionami. Po prezencji znaczka BMW ze starego akumulatora, przemiły mechanik zaczął krzyczeć na drugą stronę ulicy. Po chwili w oknie kamienicy pojawiła się starsza Pani, która z kolei zawołała swojego wnuczka. Ten natychmiast wykrzyczał z siebie kilka słów z szybkością karabinu, a mój mechanik zaczął rysować mapę w zeszycie ;) Byłem zaskoczony jak bardzo moja niedola akumulatorowa poruszyła prawię całą ulicę i wszyscy mi pomagali.
Posługując się mapą na kartce zeszytu przeczepionej gumkami do kierownicy szybko trafiłem do salonu BMW. Tam ponownie opowiedziałem swoją historię. Pracownik serwisu niechętnie udzielił mi małego rabatu, kiedy już miałem płacić do salony wparował kierownik serwisu. Oczywiście wszyscy zaczęli od złożenia mu sprawozdania o motocykliście z Polski, po czym dostałem dużo większy rabat ;) Z uśmiechem na twarzy i nowym akumulatorem zajechałem na ulicę z serwisem skuterów. Wyściskałem wszystkich, którzy mi pomogli i udałem się na stację gdzie koczował Paweł. Udało mu się już nawet opalić w słońcu wylegując się na łące. Po dziesięciu minutach byliśmy już dalej w drodze.
Nasz nieplanowany pobyt w Wenecji zmienił nasze plany i nagle zaczęliśmy się śpieszyć. Nasze puste żołądki zaczęły domagać się obiadu. Zatrzymaliśmy się w miejscowości Montagnana.
Mury obronne obiecywały ciekawe stare miasto i smaczną pizzę. Niestety całkowity zakaz wjazdu i temperatura powyżej 28 stopni zniechęciła nas do spacerów w pełnym stroju motocyklowym. Szybko udaliśmy się do Verony. Kiedy udało nam się wedrzeć do centrum miasta znaleźliśmy parking tylko dla motocykli i to w doborowym towarzystwie Ducati 1198.
Ciekawostka podróżnicza... Włosi podobnie jak Polacy lubują się w nadmiernym oznakowaniu. Przykład poniżej. Uwaga dla dociekliwych, za znakami znajduje się właśnie parking dla motocykli ;)
W Veronie mocno czuło się atmosferę Włoch, miasto tętniło życiem i emanowało włoskimi akcentami takimi jak koloseum w centrum czy Ferrari na parkingach ;)
Było już chłodno i przyjemnie. Nasz głód wygrał z chęcią dokładnego pozwiedzania miasta. Trafiliśmy do pizzerii nad bulwarem rzeki Adygi. Wybraliśmy stoliki na końcu ogródka. Kelner po chwili pojawił się przy nas, całkiem serio oznajmiając, że on nie jeździ tutaj skuterem i usiedliśmy za daleko. Musieliśmy przesiąść się bliżej restauracji ;) Jego bezpośredniość nas rozbawiła, mieliśmy nadzieję, że kucharz podobnie bezkompromisowo przyrządza pizze. Ta zgodnie z oczekiwaniami okazała się pyszna.
Pobłądziliśmy sobie jeszcze chwilę po mieście Romea i Juli po czym udaliśmy się nad Gardę. Zwięczeniem dnia zamiast kąpieli okazało się rozkładaniem namiotu po ciemku, ale niczym w chłopaki nie płaczą, "bunkrów nie ma.. ale też jest zaj.... znaczy super!" :)))"







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz